No i cóż. Złożyłam rezygnację ze studiów na polibudzie. Zabrali mi legitymację, jeszcze tylko muszę oddać książki do biblioteki i zapłacić karę za ich przetrzymywanie.
Znalazłam już nawet kierunek, który mogłby być alternatywą i dla polibudy, i dla turystyki (o której rodzice nie chcą w ogóle słyszeć). Są to jednak studia płatne i rodzice znowu mają swoje ekonomiczne racje. Tym bardziej, że jest KRYZYS (jak ja uwielbiam to słowo) i nie wiadomo czy tata za pół roku będzie miał gdzie pracować.
Ja jednak liczę, że jak już się dostanę to pieniądze jakoś też się zroganizują i ćwiczę swoje zdolności plastyczne. Przypominam sobie jak sie trzyma ołówek w ręce, a jak pędzelek i wydaję pieniądze na farbki, pastele i inne pędzelki.
W tej chwili moje największe zmarwtienie to czy przedłużą mi umowę w McDonaldzie. W tej chwili tych pieniędzy potrzebuję jak powietrza, nawet nie wyobrażałam sobie jak te plastyczne duperelki są drogie…
Tags:
farby,
pieniądze,
Politechnika Śląska,
praca,
studia,
sztuka